Niezapomniane wakacje

najciekawsze miejsca w Polsce i na świecie



Na kolonie

Wiele miejsc pracy, w których pracują nasi mężowie i ojcowie naszych dzieci stara się zapewnić dzieciom jakiś wakacyjny odpoczynek po nieco niższych kosztach. Właśnie dlatego wiele rodzin decyduje się na tę właśnie formę odpoczynku swoich pociech. Kolonie, bo o nich tutaj mowa nie dość, że są w miarę tanie to jeszcze gwarantują rodzicom całe dwa tygodnie odpoczynku. A opłacanie ich rozłożone jest na takie jakby raty. Polega to na tym, że są one odciągane z wypłaty rodzica. Niestety wiele kopalni i innych tego typu miejsc nie oferuje innych form spędzania wolnego czasu. Zimowiska dla naszych dzieci niestety musimy załatwiać sobie na własną rękę a w sumie szkoda. Nie powinno tak być, że dzieci wyjeżdżają na wakacje tylko i wyłącznie w lecie. Obozy powinny być organizowane także w zimie. Dzieci przecież nie wiedzą co mają ze sobą tak naprawdę zrobić w zimie, a i niejednej matce przydało by się drobne odciążenie. Cieszmy się jednak z tego co mamy, gdyż mogło być tak, że nawet w lecie mogło zabraknąć form wypoczynku dla naszych pociech.

Wysyłając swoje dzieci na kolonie rodzice mają w tym także „ukryty” cel. Bardzo często zdają sobie oni dopiero później sprawę z tego, że wysłanie swojego dziecka na tego rodzaju wakacje wiąże się z tym, że również rodzice będą mogli ich zakosztować przebywając tylko we dwoje. Wszelkiego rodzaju obozy również dostarczają rodzicom tego samego. Mogą oni przez jakiś czas przebywać sam na sam i nie muszą przy tym martwić się, że ich dzieciom dzieje się krzywda, gdyż przecież znajdują się one pod wspaniałą opieką ludzi, którzy mają do tego typu wycieczek uprawnienia. Zimowiska także z tym właśnie się wiążą. Wiele osób, które wysyła swoje dziecko na tę formę wakacji nie zdaje sobie w pierwszym momencie sprawy z tego, że oznacza to także wakacje dla samych rodziców. Dopiero po czasie orientują się oni, że jest to wspaniała forma wypoczynku także dla nich. Jednak rodzice dopiero przy drugim takim wyjeździe swoich dzieci śpią spokojnie i mają poczucie tego, że nic się im pociechom nie stanie. Za pierwszym razem jest to dla nich niestety troszkę stresujące.

Grecja

Grecja miejscem jest niewątpliwie bardzo ciekawym i atrakcyjnym. Dzisiaj chciałbym zaprosić Was do zapoznania się z opisem jednego z podróżników, który wraz z grupą przyjaciół postanowili zwiedzić sobie Grecję, jednak nie w celach typowo wypoczynkowych, a przynajmniej nie tak jak rozumie to większość z nas. Dzisiejszy reportaż z Grecji będzie przedstawiał wycieczkę górską i wspinaczkę, to zapewne Grecja jakiej nie znaliście i zobaczycie ją od drugiej strony. Na opisywanym wyjeździe było wiele zabawy i ciekawych oraz emocjonujących przygód. Zapewne nie każdy z Was wie że w górach są wytyczone specjalne miejsca do wspinaczek, gdzie fani tego sportu mogą się oddawać swojemu hobby.

W tak lekka zimę, jaka mieliśmy tego roku, można było pozostać w kraju by się po wspinać, jednak my postanowiliśmy wykorzystać promocyjne ceny biletów lotniczych. Cena biletu zadecydowała o kraju w którym wylądujemy – padło na Grecję. Przeglądanie stron internetowych zaowocowało odnalezieniem mniej lub bardziej znanych w naszym kraju ogródków wspinaczkowych Grecji. Jako, ze mnie przypadło ustalenie ostatecznego celu, padło na rejon znajdujący się w połowie drogi miedzy miastami Mesolongi a Nafpaktos.

Masyw Varasova w najwyższym swoim punkcie osiąga wysokość blisko 1000m npm. jedno z ramion masywu kończy się bezpośrednio w morzu i miedzy innymi tam właśnie znajduja sie sciany litego wapienia na których powstało wiele dróg głównie kilku wyciągowych, dróg jedno wyciągowych w całym masywie jest zaledwie kilka, większość to drogi od trzech do pieciu wyciągów. Jednak często jest tak ze kluczowy wyciąg danej drogi jest pierwszy, a pozostałe wyciągi to łatwiejsze wspinanie.

Niestety ze względów logistycznych straciliśmy jeden dzień na odnalezienie właściwej części masywu, na której to części są nasze wspinaczkowe sektory. Pogoda tez splatała nam figla i niestety często wspinać musieliśmy się w czapkach, plusem rejonu było błyskawiczne schniecie skały po deszczu, który kilkakrotnie nas zastał.

Podobne

Zaczęło się niewinnie, od naszego (mojego i Marcina Piusa) wyjazdu w Tatry. Był to wyjazd średnio udany bo złapał nas w styczniu deszcz w Dolinie Białej Wody podczas wspinu po miejscowych lodospadach. Cos tam jednak urobilismy.

Ale do rzeczy. Wstępnie ustaliliśmy razem z Marcinem, że czas się gdzieś dalej wybrać. Tomek Sowinski rowniez byl tego zdania tak, że po 6 miesiącach i przeanalizowaniu wszystkich pomysłów jakie nam przyszły do głowy, okazało się, że najlepszym rozwiązaniem (z punktu widzenia wspinaczkowego i finansowego) będzie wejście na na górę Cholatsea 6440m (Krótki opis góry i historia jej zdobycia jest zamieszczona poniżej relacji).W tzw. międzyczasie dołączył do nas Tomek Postawa („Długi”).

Wylot ja z „Długim” mieliśmy z Warszawy 28 października, następnie przesiadka w Helsinkach, chwila postoju w Delhi i dalej kolejnym samolotem do Katmandu. Stolica Nepalu powitała nas biurokracją lotniskową oraz opłatą wizową w wysokości 100$ od głowy. Z lotniska zostaliśmy odebrani przez właściciela agencji „Su-Swagatam Trek”, która to organizowała większość naszego wyjazdu, a dokładnie: pozwolenie wspinaczkowe na Cholatse, bilety do i z Lukli, karawanę do i z bazy, żywność na cztery tygodnie, trochę szpeju, caly szprzet bazowy (namioty, etc.) i pełną obsługę w bazie w postaci szerpy Utrry, kucharza i jego pomocnika. W Katmandu spotkaliśmy resztę naszego zespołu czyli: Marcina i Tomka. Ze stolicy Nepalu już razem wylecieliśmy do Lukli (31 października).

Po przylocie do Lukli (2800m) i załatwieniu niezbędnych formalności ruszyliśmy tego samego dnia w drogę. Po dwóch dniach przyjemnego spacerku dotarliśmy do Namche Bazar (3440). Namche Bazar jest stolicą szerpów a zarazem świetnym miejscem gdzie można tanio zaopatrzyć się w odzież i sprzęt na dalszą akcję. Niestety spora część oferowanej odzieży to dobrze wykonane podróbki. Po dwóch dniach spędzonych w Namche (aklimatyzacja) wyruszyliśmy dalej, lecz na wysokości 3900m, część składu została sponiewierana chorobą wysokościową co zmusiło nas do kolejnego dnia postoju w Phortse Tenga. W tym samym czasie niestety żołądek Długiego odmówił posłuszeństwa i we dwójkę zostaliśmy w wiosce kolejne cztery dni. Podczas gdy my odpoczywaliśmy reszta karawany dotarła do bazy pod Cholatse (6 listopada).