Niezapomniane wakacje

najciekawsze miejsca w Polsce i na świecie



Kolonie dla młodzieży

Wszystkiego rodzaju wyjazdy zawsze powiązane są z pięknymi miejscami. Kolonie chyba najczęściej są z tym kojarzone a to dlatego, że wiele miejsc pracy organizuje kolonie zagraniczne. Mówimy oczywiście o koloniach za które należy później zapłacić. Niestety nie ma darmowych kolonii za granicę. Są jedynie obozy. W sumie obozy także nie są złym pomysłem. Wiele dzieci lubi spędzać czas na łonie natury zapoznając się z nią. Jest to dla nich świetna „szkoła”, w której mogą się one wiele nauczyć o otaczającej ich rzeczywistości. Zimowiska również są pewną formą „szkoły”, w której dzieci mogą się naprawdę wiele nauczyć. Mogą na przykład zdobyć nowe umiejętności sportowe, zapoznać się z grupą, a także sprawdzić jak będą sobie one w niej radzić. Wszelkie rodzaje organizowanej aktywności zintegrowanej są bardzo korzystne dla dziecka pod wieloma względami. Powinniśmy o tym zawsze pamiętać o pozwalać naszym pociechom, o ile oczywiście będzie nas na to stać, aby mogły one w takiej formie wakacji uczestniczyć jak najczęściej.

Znaczna część dzieci uwielbia jeździć na kolonie tylko dlatego, że nie ma tam rodziców i, że na miejscu mogą kupić szereg różnych pamiątek. Głównym jednak czynnikiem dla którego dzieci uwielbiają kolonie jest brak rodzicielskiej opieki. Dzieci więc mogą robić praktycznie wszystko. Oczywiście w ramach rozsądku, gdyż czuwa nad nimi opiekun. Obozy także stanowią świetną sprawę na której dzieci muszą nauczyć się samodzielności. Muszą być one świadome w tym przypadku, że zdane są tylko i wyłącznie na siebie, że w razie czego mogą liczyć tylko na siebie. Dzieci bardzo szybko uczą się tego właśnie. Również zimowiska mają to do siebie, że dzieci pozostają na nich bez rodzicielskiej opieki. To jak się wtedy zachowają ma pokazać rodzicom jakie dzieci tak naprawdę wychowali. Czy udało im się w procesie wychowania stworzyć ludzi, z których będą mogli być w przyszłości dumni czy wręcz odwrotnie. Wszelkiego rodzaju samodzielne wyjazdy są dla dziecka „szkołą życia”, z którą musi ono sobie poradzić całkowicie samodzielnie.

Podobne

Zaczęło się niewinnie, od naszego (mojego i Marcina Piusa) wyjazdu w Tatry. Był to wyjazd średnio udany bo złapał nas w styczniu deszcz w Dolinie Białej Wody podczas wspinu po miejscowych lodospadach. Cos tam jednak urobilismy.

Ale do rzeczy. Wstępnie ustaliliśmy razem z Marcinem, że czas się gdzieś dalej wybrać. Tomek Sowinski rowniez byl tego zdania tak, że po 6 miesiącach i przeanalizowaniu wszystkich pomysłów jakie nam przyszły do głowy, okazało się, że najlepszym rozwiązaniem (z punktu widzenia wspinaczkowego i finansowego) będzie wejście na na górę Cholatsea 6440m (Krótki opis góry i historia jej zdobycia jest zamieszczona poniżej relacji).W tzw. międzyczasie dołączył do nas Tomek Postawa („Długi”).

Wylot ja z „Długim” mieliśmy z Warszawy 28 października, następnie przesiadka w Helsinkach, chwila postoju w Delhi i dalej kolejnym samolotem do Katmandu. Stolica Nepalu powitała nas biurokracją lotniskową oraz opłatą wizową w wysokości 100$ od głowy. Z lotniska zostaliśmy odebrani przez właściciela agencji „Su-Swagatam Trek”, która to organizowała większość naszego wyjazdu, a dokładnie: pozwolenie wspinaczkowe na Cholatse, bilety do i z Lukli, karawanę do i z bazy, żywność na cztery tygodnie, trochę szpeju, caly szprzet bazowy (namioty, etc.) i pełną obsługę w bazie w postaci szerpy Utrry, kucharza i jego pomocnika. W Katmandu spotkaliśmy resztę naszego zespołu czyli: Marcina i Tomka. Ze stolicy Nepalu już razem wylecieliśmy do Lukli (31 października).

Po przylocie do Lukli (2800m) i załatwieniu niezbędnych formalności ruszyliśmy tego samego dnia w drogę. Po dwóch dniach przyjemnego spacerku dotarliśmy do Namche Bazar (3440). Namche Bazar jest stolicą szerpów a zarazem świetnym miejscem gdzie można tanio zaopatrzyć się w odzież i sprzęt na dalszą akcję. Niestety spora część oferowanej odzieży to dobrze wykonane podróbki. Po dwóch dniach spędzonych w Namche (aklimatyzacja) wyruszyliśmy dalej, lecz na wysokości 3900m, część składu została sponiewierana chorobą wysokościową co zmusiło nas do kolejnego dnia postoju w Phortse Tenga. W tym samym czasie niestety żołądek Długiego odmówił posłuszeństwa i we dwójkę zostaliśmy w wiosce kolejne cztery dni. Podczas gdy my odpoczywaliśmy reszta karawany dotarła do bazy pod Cholatse (6 listopada).